Sunday, March 11, 2007

Last week...

Ostatni tydzień może nie obfitował w jakieś nadzwyczajne wydarzenia dla reszty Europy, jednak dla polityki angielskiej miał ogromne znaczenie. Oto po ponad tu latach prób zreformowania angielskiego parlamentu angielska izba niższa - Izba Gmin(House of Commons) uczyniła poważny krok w kierunku demokratyzacji tej szacownej instytucji. Posłowie jednogłośnie zdecydowali, że członkowie Izby Lordów w 100 % będą pochodzili z wyboru, a nie - jak dotąd - z nominacji. Jest to dość nieprzyjemna informacja dla premiera Tony' ego Blaira, który za punkt honoru wcześniej postawił sobie doprowadzenie do tego by ta relacja kształtowała się na poziomie 50/50. Decyzję posłów po części tłumaczy skandal, jaki wybuchł w Anglii latem zeszłego roku: biznesmeni mieli ponoć otrzymywać nominacje do House of Lords w zamian za spore pożyczki i dotacje na rzecz rządzącej Labour Party. Oczywiście głosowanie posłów niczego nie przesądza, tym bardziej, że Lordowie najprawdopodobniej zawetują propozycję, której zatwierdzenie oznaczałoby utratę przez wielu z nich dotychczas zajmowanych stanowisk.


Żródło: The Times, czwartek, 8. marca


Już druga z rzędu niezwykle łagodna zima w Wielkiej Brytanii powoduje chaos w porządku zaprowadzonym przez Matkę Naturę. Niektóre zwierzęta zbyt wcześnie wybudzają się z zimowego snu, inne z kolei za wcześnie przychodzą na świat, tak jak m. in. jeże czy wiewiórki.
Jeśli chodzi o jeże, to naukowcy przewidują, iż ostatni jeż może się pojawić w Anglii już około roku 2025, gdyż populacja zmniejsza się co kilka lat o około 1/4.


Żródło: The Independent, czwartek, 8. marca


W tygodniu mogłem również po raz pierwszy zasiąść na trybunach stadionu Newcastle United - St James' Park aby obejrzeć zawody rozegrane między gospodarzami a holenderską drużyną z Alkmaar. Klimat był niesamowity, kilkadziesiąt tysięcy ludzi śpiewających i na różne sposoby dopingujących swoich ulubieńców, światła, wieczór, słowem - piłkarskie święto. Jedyny minus był taki, że siedziałem akurat za tą bramką, do której wpadł tylko jeden gol, reszta dokonała się po drugiej stronie boiska. Ale jakiż to był gol: mierzone dośrodkowanie na głowę napastnika, a Gruzin Szota Arweładze takich piłek raczej nie marnuje, i piłka po odbiciu się od poprzeczki wpada do siatki, tuż za interweniującym bramkarzem Newcastle Shayem Givenem. Szkoda tylko, ze goście z Holandii zdobyli tę bramkę dopiero gdy przegrywali już 3:1. Piszę: szkoda, bo idąc na mecz miałem mieszane uczucia. Co prawda życzyłem sobie zwycięstwa Newcastle, ale drużynę z Alkmaar obserwuję już od kilku lat i można powiedzieć, ze w pewnym sensie im również kibicowałem, i miałem nadzieję, ze nie poddadzą się bez walki. Przy stanie 3:0 było jasne, kto wygra ten mecz, ale w związku z tym, że był w perspektywie rewanż w Holandii, każdy gol był na wagę złota, i kibice, z którymi rozmawiałem w przerwie meczu, zastanawiali się, czy gościom uda się odrobić straty. Niektórzy z nich nabrali tak dobrego humoru, że na pytanie, co sądzą o meczu, odpowiadali bez wahania : " Szykujemy się na Glasgow"(Tam zostanie rozegrany finał Pucharu). Ale, póki co, do finału zostało jeszcze 8 spotkań, no i byliśmy też ciekawi, jak się potoczy druga połowa. Tymczasem wkrótce na tablicy widniał już wynik 4:1, a to za sprawą będącego w świetnej formie Nigeryjczyka Akinwurunmiego Martinsa, który pokonał Holendra Watermana już po raz drugi w tym spotkaniu, po czym mógł usłyszeć niemal cały stadion skandujący jego nazwisko. Martins! Martins! - wrzeszczeli kibice, i trudno im się dziwić, bo piłkarz w tym meczu dawał z siebie wszystko. Wkrótce jednak trybuny stadionu św. Jakuba ucichły, bo dość niespodziewanie do angielskiej bramki piłkę skutecznie wbił jeden z moich ulubieńców - Danny Koevermans. Oznaczało to tyle, że w Holandii podopiecznym van Gaala wystarczą jedynie dwa gole, aby zniwelować różnicę bramek i wyeliminować Anglików. To nie byłby łatwy mecz w żadnych okolicznościach - piłkarze van Gaala grają bardzo dokładnie, a przy tym gryzą trawę w walce o każdą piłkę - ale teraz było wiadomo, że będzie jeszcze trudniej. Kilkanaście minut przed końcem spotkania świetną okazję do zatopienia holenderskiego statku miał - któż by inny - właśnie Martins, ale nie potrafił zachować zimnej krwi , źle przymierzył, i jego strzał nie sprawił bramkarzowi gości żadnych problemów. Niespełna kwadrans później Szwajcar Massimo Busacca zagwizdał po raz ostatni i mecz dobiegł końca. Kibice gospodarzy opuszczali swój stadion odrobinę niepocieszeni, że dużej przewagi ich piłkarzy nie można było udokumentować większą liczbą bramek, ale wszyscy byli zgodni, że nie jest to zły wynik. Rewanż już za cztery dni w Alkmaar. Będzie gorąco!

PS: W tym miejscu chciałbym prosić o brawa dla jednego z moich rozmówców w czasie przerwy - a była nim starsza pani po siedemdziesiątce, która zupełnie nie przejmując się tym co wypada, a co nie, głośno dopingowała swoich ulubieńców, energicznie wymachując przy tym szalikiem:>, a w przerwie, poproszona o komentarz, dość obszernie i z widocznym znawstwem wypowiadała się na temat taktyki i gry poszczególnych piłkarzy. Jak widać, kibicem można być nawet w 'jesieni życia' - tak trzymać, pozdrawiamy:>

No comments: